sobota, 12 lipca 2014

Dawno, dawno temu na Marsie..

Łoooo.. Ale mnie tutaj dawno nie było.. Naprawdę Ryu, powinnaś się wstydzić.. A więc..
Nie jestem pewna, czy ktoś ma jeszcze ochotę czytać moje nędzne wypociny, ale spróbujmy. Chciałam teraz napisać pewne opowiadanie. Jest ono... jednym z moich pierwszych, jeszcze surowe i.. nie wiadomo tak naprawdę, o co w nim chodzi. Niestety. Mój mózg wymyślił coś... chorego, a moje ręce to zapisały. Jest to opowiadanie o dziewczynie, która narysowała... COŚ i to COŚ... a zresztą... zobaczycie sami.. O ile ktoś to w ogóle przeczyta. Potem postaram się dokończyć to, co zaczęłam, you know, tego fanfica z Marsami. A potem może wrzucę jakieś cudne yaoi (opowiadanie o tematyce gejowskiej). Dlaczego? Bo coraz więcej piszę takiego typu rzeczy. Mam już opowiadanie Naruto x Sasuke, Gaara x Lee i... później się dowiecie więcej.. Tylko pytanie. Chcecie czytać moje wypociny czy mam sobie odpuścić?
~Ryu, którą teraz przechrzcili na KAORI-chan <33

czwartek, 29 maja 2014

Rozdział VIII : Rozmowa

- Dowiedział o czym? - spojrzałam na niego z ciekawością.
- Dlaczego śnią ci się te dziwne sny? Dlaczego badanie krwi wykryło białaczkę? - wymieniał po kolei. Patrzyłam na niego, z coraz większym niepokojem. - Myślisz, że to wszystko przypadek?
- Ja.. - nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. Bałam się, ale jednocześnie byłam ciekawa, tego co ma mi powiedzieć. 
- Od dłuższego czasu śni ci się, że ma zostać przeprowadzona na tobie operacja, czy tak? - spojrzał mi w oczy. Widać było w nich troskę.
- Tak, to znaczy.. - nie wiedziałam, skąd on to może wiedzieć, ale postanowiłam mu nie przerywać.
- Nie wiem nawet jak ci to powiedzieć - podrapał się po głowie z zakłopotaniem. - Ta kobieta z twojego koszmaru.. To ty.
Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Jak to możliwe, że tą podłą, bezwzględną kobietą byłam ja?! Oniemiałam. Patrzyłam na niego, czekając na ciąg dalszy.
- Jestem tu, żeby nie dopuścić do tej sytuacji, o której śnisz. Nie mogę pozwolić, abyś stała się jednym z Apani - powiedział jednym tchem.
Nic z tego nie rozumiałam. Apani? Co to takiego?
- Apani, to tajna organizacja morderców - odpowiedział na moje niezadane pytanie. - Przeciwko nim walczą Lagbara, czyli ja. Do Lagbara należy również Garry, twój lekarz.
Drgnęłam na sam dźwięk jego imienia. Jak ten zboczeniec mógł być po dobrej stronie.
- Dlatego powiedział twojej mamie, że jesteś nieuleczalnie chora, co jest zwykłym kłamstwem, przykrywką - mówił dalej, ale ciężko było mi się skupić na jego słowach. - Jednak ten kretyn... Przykro mi.
Podszedł do mnie i objął mnie. Tego się nie spodziewałam. Oparłam głowę o jego ramię. Było mi dobrze. Na chwile zapomniałam o Garrym, o tym wszystkim, czego się przed chwilą dowiedziałam. Liczył się tylko ten moment, który, na moje nieszczęście, nie trwał długo. Jared odsunął się ode mnie. Znów poczułam ukłucie w sercu. Czyżbym się zakochała w tym niebieskookim chłopaku?
- Wiem, co on cie zrobił, jak byłaś mała, ale musisz zapomnieć o tym. Wiem, że to nie jest łatwe, ale.. - nie dane mu było skończyć.
- Zamknij się! - chciałam krzyczeć, ale jedyne na co mnie było stać to szept. - Zamknij się!
Łzy same poleciały. Jak on mógł?! Jak on mógł stanąć po stronie tego starego zboczeńca?! Czułam zawód. Okropny ból w sercu, który powiększał się z każdą sekundą. Jared po raz kolejny zbliżył się do mnie, ale to było dla mnie za wiele. Wycelowałam ręką prosto w jego policzek.
- Przepraszam - jednak od razu pożałowałam mojego zachowania. - Przepraszam.
- Nie szkodzi - uśmiechnął się. - Należało mi się.
Spojrzałam na niego. Nie był zły. Wręcz przeciwnie. Nie rozumiałam tego. Postanowiłam już nie wracać do przeszłości. Przynajmniej w tym momencie. Teraz musiałam się do wiedzieć więcej na temat tych dziwnych organizacji.
- Na razie nie powinnaś nic więcej wiedzieć - z natłoku myśli wyrwał mnie głos Jareda. - Jutro w szkole będę cię obserwował. I nie tylko ja - uśmiechnął się. Spojrzałam na niego poirytowana.
- A przez kogo jeszcze? Kochanego doktorka? - zadrwiłam. Coś w stoickim zachowaniu tego chłopaka  sprawiło, że i ja przestałam się tak tym przejmować.
- Nie - odpowiedział. - Mój brat, Shannon. Poznasz go wkrótce. A teraz czas na mnie.
- Shannon? - wyszeptałam. Skądś znałam to imię, lecz nie mogłam sobie przypomnieć skąd.
- Tak - odpowiedział tylko i wyszedł. Tak po prostu. Wstał i wyszedł.
- Shannon... - szepnęłam, niemal bezgłośnie do siebie. 

poniedziałek, 12 maja 2014

Rozdział VII : Przyjaciele

Siedziałam w pokoju, słuchając muzyki, kiedy usłyszałam, jak drzwi się zamykają. Pewnie mama już wyszła na obiad z Garrym. Jeżeli ten cały obiadek nie będzie niósł za sobą nic więcej, to nie powiem jej o 'tamtym' zdarzeniu. Jednak jeżeli oni będą się chcieli częściej spotykać, to nie będę miała wyjścia. Nie pozwolę mu zniszczyć mojej rodziny, ani wykorzystywać mamy. Moje myśli przerwał dzwonek do drzwi. Czyżby to Jared? Nie zastanawiając się nad tym dłużej, zerwałam się z łóżka i pobiegłam otworzyć drzwi wyczekiwanemu gościowi. Gdy tylko przekręciłam klucz, wiedziałam, że o nie Jared. Osobą, która przekroczyła próg mojego domu i rzuciła mi się na szyję prawie mnie dusząc, była moja najlepsza i jedyna przyjaciółka - Jenna.
- Cześć, słoneczko - zawsze tak do mnie mówiła, co początkowo mnie strasznie irytowało, ale teraz nawet  to polubiłam. - Jak się czujesz?
Przyjrzałam się dziewczynie. tak dawno jej nie widziałam. Była szczupłą, wysoką brunetką z pięknymi, niebieskimi oczami, które przypomniały mi o Jaredzie. No tak Jared miał dzisiaj przyjść. Oni nie mogą się spotkać. Muszę się jej jakoś pozbyć. Patrząc na zmartwioną twarz mojej przyjaciółki, od razu pożałowałam tych myśli. Jak mogę chcieć pozbyć się jedynej osoby na świecie, która oddałaby za mnie życie, i ja za nią też. Może Jared przyjdzie później.
- Ja? W porządku - odpowiedziałam wymijająco. Nie chciałam na razie mówić jej o mojej chorobie. Wolałam, żeby się nie martwiła niepotrzebnie. - A ty opowiadaj, co w szkole?
- Nie uwierzysz! Nasz biolog ma romans z.. - zaczęła mi zdawać relacje z tych wszystkich dni, kiedy byłam nieobecna w szkole. Cieszyłam się, że mam ją za przyjaciółkę. Rozumiałyśmy się bez słów. Może jednak powinnam jej powiedzieć o chorobie i Jaredzie? Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek do drzwi. - Pójdę otworzyć.
- Nie! - krzyknęłam. Przyjaciółka spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, jednak tylko wzruszyła ramionami i weszła do kuchni zrobić sobie herbaty. Czuła się u mnie jak u siebie w domu. Ruszyłam w stronę korytarza. Miałam nadzieję, że o mama czegoś zapomniała. Jednak myliłam się. W drzwiach stał niebieskooki. Był ubrany w luźną, czerwoną koszulę i czarne spodnie.
- Cześć - powiedział nieśmiało. - Obiecałem, że przyjdę.
- Tak - nie byłam w stanie nic innego powiedzieć. Wpuściłam go do środka. - Moja przyjaciółka jest u mnie, więc jeśli mógłbyś..
- Nie poruszać 'tych' tematów? - zrobił jednoznaczną minę. Wiedział, o co mi chodziło. - Spokojnie. Nic nie powiem.
- Dziękuję - wyszeptałam i zaprowadziłam go do kuchni, gdzie Jenna siedziała na blacie kuchni w ręce trzymając kubek z ciepłym napojem. Na stoliku obok stały dwa podobne kubki. Zapewne dla mnie i Jareda. Wzięłam jeden z nich i bez słowa podałam chłopakowi. Drugi podniosłam z zamiarem upicia łyka gorącej herbaty, jednak wyślizgnął mi się z ręki i upadł z głuchym stukotem na podłogę.
- Przepraszam - powiedziałam, widząc, że część napoju wylała się chłopakowi na spodnie. - Zaraz to wytrę.
- Przestań, to tylko spodnie - powiedział i uśmiechnął się.
- Yghym - odkaszlnęła Jenna, domagając się uwagi. - Może byś mi powiedziała kim jest ten cukiereczek?
- Cukiereczek? - oczy Jareda rozszerzyły się znacznie.
- Ona tak zawsze - uśmiechnęłam się, przypominając sobie jak na moją mamę mówiła 'Pysia'. - To jest Jared, mój..
- Kolega - dokończył za mnie chłopak i podał jej rękę. - A ty zapewne musisz być Jenna? Alice dużo mi o tobie opowiadała.
- Tak? - Jenna z ciekawością patrzyła w te hipnotyzujące niebieskie oczy chłopaka. Mnie jednak zastanowił fakt, iż nie mówiłam Jaredowi nic na temat Jenny, nawet nie powiedziałam mu jej imienia. Jedynie w korytarzu wspomniałam, że jest u mnie znajoma. To dziwne. Skąd znał jej imię? - I co ci mówiła?
Chłopak się zaśmiał, widząc, że dziewczyna tylko się z nim drażni. Odetchnęłam z ulgą. Może jednak nie będzie tak źle. Pozbierałam kawałki potłuczonego kubka i wrzuciłam je do pojemnika na śmieci.
- A więc, co cię tu sprowadza, cukiereczku? - Jenna zwróciła się do chłopaka.
- Postanowiłem odwiedzić Alice - odpowiedział prędko. - Chyba mnie za to nie zabijesz?
- Nie - dziewczyna zaczęła się śmiać. Dogadują się, to dobrze.
Nawet nie wiem kiedy, Jared położył dłoń na moim ramieniu, ciągle rozmawiając z Jenną.
- Musimy porozmawiać - szepnął mi cicho do ucha, po czym odsunął się ode mnie znacznie.
Poczułam zawód. Chciałam czuć jego ciepłe, męskie ręce na sobie. Chciałam, żeby mnie objął, przytulił, pocałował.. O czym ja myślę?! Przecież poznałam tego chłopaka wczoraj, a już się do niego kleję. Opanuj się, Alice - skarciłam siebie w myślach.
- No to ja będę się zbierać - usłyszałam głos mojej przyjaciółki. - Widzimy się jutro w szkole.
Podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek.
- Tak, do zobaczenia - odpowiedziałam i objęłam przyjaciółkę.
Usłyszałam trzask zamykanych za przyjaciółką drzwi. Podeszłam do Jareda. Siedział na blacie, tak jak wcześniej Jenna. Patrzył na mnie hipnotyzującym wzrokiem, jakby chciał poznać wszystkie moje sekrety. Wprawiło mnie to w zakłopotanie. Ale nie opuściłam wzroku. Uśmiechnął się, ja również odwzajemniłam uśmiech. Zeskoczył z blatu, podszedł do mnie i złapał mnie za rękę.
- Chodź - pociągnął mnie za sobą. Weszliśmy do mojego pokoju. Przekręcił klucz, który tkwił w zamku i usiadł na biurku, na przeciw łóżka, na którym siedziałam ja. - Musimy porozmawiać. Czas, żebyż wszystko zrozumiała.

sobota, 3 maja 2014

Rozdział VI : Bolesne wspomnienia

Trwałyśmy w tym uścisku parę minut, po czym mama znów odsunęła się ode mnie delikatnie. Nie chciałam jej jeszcze puszczać, ale wiedziałam, że jest zmęczona, tak samo jak ja.
- Dobrze, kochanie, porozmawiamy jutro, a teraz wskakuj do łózka i do spania - uśmiechnęła się.
- Dobranoc, mamo - czułam, jak nieznajome mi dotąd ciepło ogarnia całe moje ciało. Czułam, że dziś będę spać spokojnie.
Mama, wychodząc z pokoju, zgasiła światło. Przykryłam się bardziej kołdrą. Było mi przyjemnie. Czułam się wykończona, po dzisiejszym dniu. Tak dużo się dzisiaj wydarzyło. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Ach! Jutro przecież ma przyjść Jared. Znów będę mogła zobaczyć te jego śliczne niebieskie oczy. Czy ja znów o nim marzę?! Coś złego się ze mną dzieje. Nawet nie wiem kiedy, moje myśli przerwał sen. Obudziłam się dopiero rankiem, z radością stwierdzając, że ten obrzydliwy koszmar dziś mnie nie nawiedził. Podniosłam się szybko z łóżka i postanowiłam wziąć prysznic. Wzięłam z szafki czyste ubrania i w podskokach pobiegłam do łazienki. Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze. Stanęłam przed lustrem. Przyjrzałam się uważnie mojej twarzy. Nie było na niej ani śladu, po wczorajszych łzach. Wyglądałam jak nowo narodzona. Z prędkością światła wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół do kuchni.
- Cześć, mamusiu - zastałam mamę w kuchni, robiącą naleśniki na śniadanie. Uwielbiałam to danie.
- Dzień dobry, córciu - też wyraźnie miała dobry humor. - Zjesz może naleśnika?
- Jasne - odpowiedziałam i nałożyłam sobie świeżego naleśnika na talerz. - Dzisiaj też odwiedzi mnie ten chłopak.
- Który? - mama widocznie zapomniała o moim wczorajszym gościu. - Ach! No w porządku, tylko pamiętaj, żeby zadzwonić wieczorem do Jenny i zapytać, co było w szkole. Chyba nie chcesz sobie narobić zaległości?
- Nie, oczywiście, że nie - uśmiechnęłam się. Nie mogłam uwierzyć, że jestem tak szczęśliwa. Bałam się również, że coś może to szczęście zakłócić. - A ty kiedy wracasz do pracy?
- Już jutro, niestety.. - urwała. - Dasz sobie radę sama? Martwię się.
- Nie masz się o co martwić - uspokoiłam mamę.
- Wychodzę dzisiaj - oznajmiła trochę nieobecnym głosem.
- Gdzie? - zapytałam troszkę zaintrygowana. Od czasu śmierci ojca, mama nie ruszała się z domu. Chyba, że do pracy. Po za nią całe dnie siedziała w domu i zajmowała swoje myśli pracami domowymi. Czasem też słyszałam jak siedziała w łazience i płakała, wołając imię mojego ojca.
- Garry zaprosił mnie na obiad - odpowiedziała, odwracając się od kuchenki. - Chyba nie masz nic przeciwko?
Mam, i to dużo. Nie idź, mamo, on cię tylko wykorzystuję. Ta podła świnia tylko czeka, aż zaczniesz sypać kasą. Mamo, proszę.
- Oczywiście, że nie - odwróciłam się do niej plecami, by ukryć moje zirytowanie. - Baw się dobrze.
Ruszyłam po schodach do swojego pokoju. Chciało mi się płakać. Jak ona mogła się z nim spotykać? Ach, przecież ona nic nie wiedziała. Może najwyższy czas jej o tym powiedzieć? Ale jak miała to zrobić, skoro wiedziała, że jej matka może jej nie uwierzyć. Tym bardziej, że było to tak dawno. I nagle wspomnienia sprzed kilku lat wróciły.

Została sama w domu, gdyż mama musiała odebrać tatę z lotniska. Tak bardzo cieszyła się, że tatuś w końcu wróci. Tak dawno nie było go w domu. Siedziała w pokoju, oczekując powrotu rodziców, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi. Pobiegła na dół w try miga, gdyż spodziewała się, że to mama i tata wrócili. Jednak się pomyliła. W drzwiach stał ich lekarz rodzinny, Garry. "Twoi rodzice mieli wypadek", powiedział prosto z mostu. Pod małą ugięły się nogi. "Jak to?", zapytała drżącym głosem. "W drodze z lotniska, mama straciła kontrolę nad pojazdem", odpowiedział sucho. Łzy zaczęły spływać po policzkach dziewczynki. "Mam się tobą zająć", znów ten szorstki głos. "Dobrze. Muszę iść się wykąpać", powiedziała automatycznie mała. "Może ci pomóc?", głos doktora zmienił barwę. Teraz był ciepły i uczynny. "Poradzę sobie sama", powiedziała dziewczynka i poszła na górę, do łazienki. Gdy już się rozebrała i weszła do wanny, usłyszała, że drzwi się otwierają. Zapomniała ich zamknąć. W drzwiach stał doktor i patrzył na nią z uśmiechem, jakby przyklejonym do jego twarzy. "Niech pan wyjdzie", powiedziała cicho dziewczynka. "Ciii, nie bój się", powiedział doktor i wszedł do pomieszczenia zamykając za sobą drzwi...

- Alice, wszystko dobrze? - od wspomnień oderwał mnie głos mamy.
- Tak, mamo. Wszystko okay - odpowiedziałam. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 12.
- Ja za niedługo wychodzę - usłyszałam jeszcze głos mamy i ciche stąpanie po schodach.
Kiedyś na pewno jej powiem. Kiedyś.

czwartek, 1 maja 2014

Rozdział V : Ciepło

Oniemiałam. Patrzyłam na niego, ale go nie widziałam. kolejny raz przypomniał mi się sen, który od jakiegoś czasu męczył mnie co noc. Skąd on wiedział? Przecież nikomu nie mówiłam... Przez moją głowę przedzierały się pojedyncze myśli, które nic nowego nie wnosiły.
- Skąd... - zdziwiłam się, że jestem w stanie cokolwiek powiedzieć. - Skąd ty..?
- Nie jest ważne, skąd o tym wiem. Priorytetem jest to, by cie ochronić - powiedział surowo.
- O... Ochronić? - miałam mętlik w głowie. O czym on, do cholery, bredził?
- Tak - znów ten surowy głos.
- Ale... Ale przed czym? - poczułam jak fala zimna rozchodzi się po moim ciele. Czy coś mi zagrażało?
- Jesteś chora, prawda? - zapytał, sprawnie zmieniając temat.
- Tak, to znaczy.. Tak.. - teraz kompletnie straciłam głowę.
- Białaczka, tak? - jego głos zmienił ton o 180 stopni. Teraz brzmiał, jakby naprawdę się martwił.
- Tak.. - tylko tyle byłam w stanie wychrypieć.
Spojrzał w kierunku drzwi. Miał nieobecny wzrok. Tym razem ja zaczęłam się martwić o niego. Spróbowałam wstać, jednak moje nogi odmówiły posłuszeństwa. Zamiast zimnej podłogi poczułam, jak ciepłe ręce obejmują mnie w pasie, chroniąc przed upadkiem. Zanim zdążyłam zareagować na ten gest, Jared odsunął się ode mnie. Poczułam się zawiedziona. Alice, za dużo sobie wyobrażasz! - skarciłam siebie w myślach. Nic nie poradzę na to, że on jest taki przystojny. Wróć na ziemię, Alice!
- Nie wstawaj. Potrzebujesz odpoczynku. Niepotrzebnie dziś przychodziłem - jego głos brzmiał, jakby był na mnie o coś zły.
- Zrobiłam.. Zrobiłam coś nie tak? - odważyłam się zapytać.
- Dlaczego o to pytasz? - tym razem jego głos zabrzmiał cieplej.
- Po prostu.. - z każdym kolejnym słowem, głos łamał mi się coraz bardziej.
- Odpocznij, ja muszę już iść. Wpadnę jutro - znów przybrał ten zimny ton głosu.
- Okay - zdołałam tylko tyle wychrypieć, po czym usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
Nie rozumiałam samej siebie. Przecież dopiero poznałam tego chłopaka, a już reagowałam na niego w en specyficzny sposób. Szlak - zaklęłam w duchu. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła północ. Ten dzień należał do jednych z najgorszych w moim życiu. I wtedy do mnie dotarło to, czego przez cały czas starałam się nie dopuszczać do swojej świadomości. Mam raka. Ta myśl zagłuszyła wszystko inne. Sprawiła, że zapomniałam o tym, co powiedział Jared na temat tych dziwnych koszmarów. Podniosłam się delikatnie. Usiadłam na łóżku. Mam raka. Kotłowało się we mnie wiele nieznanych mi do tej pory uczuć, ale nie było wśród nich strachu. Raczej niepewność, co się ze mną teraz stanie. Z pewnością zostanę poddana chemioterapii. A co jeżeli to nie pomoże? Nie! Nie wybiegajmy na przód. NA razie nie powinnam się tym martwić. Nagle poczułam się senna. Wypadałoby się jeszcze wykąpać, zanim pójdę do łóżka.
- Kochanie, mogę? - usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
- Miałam zamiar się położyć, ale jeśli to coś ważnego.. - odpowiedziałam zmęczonym głosem.
Mama weszła do pokoju. Miała podkrążone, zaczerwienione oczy. Płakała. Bez słowa podeszła do mnie i przytuliła. Chciałam ją od siebie odsunąć i zapytać, co chciała, ale jakoś nie potrafiłam. Nagle wszystkie te emocje, które w sobie już tyle czasu ukrywałam, wyszły na wierzch. Płakałam, wycierając nos w rękaw koszuli mojej mamy. Nic nie mówiła, tylko jeszcze bardziej mnie objęła. Potrzebowałam tego. Kiedy już się uspokoiłam, lekko odsunęła się ode mnie, nadal trzymając mnie w rękach.
- Kochanie.. - zaczęła, ale łzy nie dały jej dokończyć. Nie należała do osób, które trzymają swoje uczucia wewnątrz. Nie potrafiła, tak jak ja, ukryć tego, co czuje. Pod tym względem, była całkowitym przeciwieństwiem mnie samej.
- Mamo, nie płacz - jakaż ze mnie hipokrytka, mówiąc 'nie płacz', samemu wyjąc jak bóbr. Lecz nie chciałam już widzieć jej pięknej, zapłakanej twarzy.
- Jesteś taka dzielna, Alice - kobieta powoli się uspokajała. To dobrze. Musiałam z nią porozmawiać o Jaredzie i tym wszystkim, co się dzisiaj stało u mnie w pokoju.
- Mamo, nie mam wyjścia - uśmiechnęłam się do niej. - Ktoś w tym domu musi być mężczyzną.
- Co ja bym bez ciebie zrobiła? - mamie już powrócił humor. Najwyraźniej na moment zapomniała o mojej chorobie. Co za ulga. Nie lubiłam, jak się mną za bardzo przejmują.
- Nie wiem, mamuś - uścisnęłam ją. - Wiedz, że cię nie zostawię.
Spojrzała na mnie. Mimo że czasem zachowywała się wobec mnie jak obcy, to wciąż była moja mama, którą kochałam nad życie, i która kochała mnie.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział IV : Niespodziewany gość

Przepraszam, że dopiero teraz, ale musiałam zająć się nauką do egzaminów. Postaram się częściej wrzucać kolejne części. Miłego czytania ;)
             
                                                         ***

- Alice, kochanie.. - urwała w połowie zdania.
- Masz białaczkę - dokończył za nią doktorek.
- Co? Żartujecie sobie ze mnie? - nie docierało do mnie to, co właśnie powiedział.
- Przykro mi - powiedział tylko i wyszedł, zostawiając mnie i mamę same.
- Kochanie.. - mama złapała mnie za rękę.
- Zostaw mnie. Muszę pobyć sama.. - wyrwałam rękę i pobiegłam do swojego pokoju.
To nie mogła być prawda. Przecież u nas w rodzinie nikt nie chorował na raka. To niemożliwe. Położyłam się na łóżku i wtuliłam głowę w poduszkę. Łzy same leciały. Nie powstrzymywałam ich. Dlaczego to akurat przytrafiło się mi?! Nawet nie wiem kiedy, zasnęłam. Obudziło mnie pukanie do drzwi. To na pewno mama. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Czułam, że jest coś jeszcze, co przede mną ukrywa.
- Alice.. - nie pomyliłam się, to była mama.
- Czego? - odpowiedziałam twardym głosem. Już nie będę płakać.
- Przyszedł jakiś chłopiec. Mówi, że się znacie. Mam go wpuścić? - głos mamy przybrał surowy ton.
Chłopiec? Jaki chłopiec? Niemożliwe, żeby to był ktoś ze szkoły, gdyż przyjaźniłam się tylko z Jenną. Jared..? - Przeszło mi przez myśl. Nie to niemożliwe. On nie zna mojego adresu. Ale w takim razie, kto to był. Postanowiłam sprawdzić.
- Wpuść go mamo - powiedziałam tylko i czekałam, aż nieznajomy wejdzie.
- Poproszę go, żeby przyszedł do ciebie do pokoju. Ty się nigdzie nie ruszaj. W twoim stanie...
- ZAMKNIJ SIĘ!! - ta głupia kobieta uważała mnie za jakąś chorą kalekę.
- Przepraszam -powiedziała i odeszła od drzwi, zaprosić nieznajomego gościa do mnie.
Podniosłam się lekko do pozycji siedzącej. Usłyszałam czyjeś kroki na schodach, a następnie ciche pukanie do drzwi.
- Mogę wejść? - to był ON.
Nie byłam w stanie się ruszyć. To był tamten chłopak z parku. Jared.
- Tylko nie męcz jej za długo - usłyszałam spokojny już głos mojej mamy, po czym trzask zamykanych drzwi. Pewnie zamknęła się w sypialni, jak to miała w zwyczaju robić, gdy sytuacja stawała się dla niej za trudna.
- Mogę? - chłopak powtórzył pytanie.
- Tak.. - wychrypiałam. Powinnam się była ogarnąć przedtem, ale było już za późno. Zerknęłam tylko w lustro. Nie było aż takiej tragedii.
- Cześć - drzwi się otworzyły, a w nich stanął chłopak z parku. Niebieskooki był ubrany dokładnie tak samo jak wtedy w parku. - Nie przeszkadzam?
- Cześć - odpowiedziałam cicho. Skąd on znał mój adres? - Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?
- Nie.. Nie obraź się, ale.. - chłopak się zarumienił. - Śledziłem cię.
Oniemiałam. Czemu ktoś taki jak on śledził mnie.
- Czemu? - zapytałam. Zaczęłam się denerwować.
- Chciałem cię jeszcze kiedyś zobaczyć - wyraźnie posmutniał.
- W porządku - powiedziałam. Co?! Jakie "w porządku"?! Ten chłopak mnie śledził! Może się okazać zwykłym zboczeńcem! Jednak coś w jego czysto niebieskich oczach mówiło mi, że on taki nie jest. - Dlaczego tu przyszedłeś?
- Ja... - zmieszał się. To chyba jednak nie był ten sam chłopak, którego spotkałam w parku. Tamten był bardziej pewny siebie. - Jak się czujesz?
- Nie zmieniaj tematu! - jak ja nie lubiłam, jak ktoś zaczynał z innej beczki, gdy go o coś pytam. - Po co tu przyszedłeś?
- Muszę z tobą porozmawiać... - znowu był tajemniczy. Zaczynało mnie to irytować.
- O czym? O czym musisz ze mną porozmawiać? Spotkaliśmy się tylko raz! A rozmawialiśmy może pięć minut! Więc nie rozumiem na jaki temat możemy rozmawiać! - dlaczego ja się tak szybko denerwuję? - Przepraszam, ale mam dzisiaj zły dzień.
- Nie szkodzi. Jeżeli nie chcesz dziś ze mną rozmawiać, to po prostu powiedz, a przyjdę kiedy indziej, ale wolałbym, żeby to nie czekało zbyt długo - powiedział. Tym razem był już tym odważnym, pewnym siebie niebieskookim chłopakiem.
- Skoro to takie ważne.. - spojrzałam na Jareda. Uśmiechał się. - Więc o co chodzi?
- Mogę usiąść? - zapytał, wyraźnie rozbawiony. Znów zaczął mnie irytować.
- Tak, proszę - wskazałam mu ręką krzesło. Mógłby już przejść do rzeczy, a nie bawić się ze mną w kotka i myszkę. - Może się czegoś napijesz?
- Nie, dziękuję - uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Więc może...
- A tak, przejdźmy do rzeczy.. - spojrzał mi w oczy tym hipnotyzującym spojrzeniem, że nie sposób było odwrócić wzrok. - Od pewnego czasu masz koszmary, prawda?

sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział III: Herbata i ciasteczka

Chłopak podał mi dłoń. byłam zbyt zdenerwowana, by cokolwiek odpowiedzieć, by cokolwiek zrobić. Rusz się, idiotko! - skarciłam się w myślach.
- Alice - odpowiedziałam, chwytając jego dłoń. Jego ręka była ciepła.
- Co cię tu sprowadza w taką pogodę? - zapytał z tak ciepłym uśmiechem, że nagle wszystkie moje obawy się ulotniły. Nie mógł mi przecież zrobić krzywdy. Mimo iż był o wiele wyższy ode mnie, nie wyglądał groźnie.
- Postanowiłam się przewietrzyć - również uśmiechnęłam się do niego. Już się go nie bałam.
Nagle zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam aparat z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz. MAMA. No tak, pewnie zastanawia się, gdzie ja się podziewam w taką pogodę.
- Przepraszam Cię - powiedziałam do Jareda, na co on tylko skinął głową, po czym odeszłam, żeby odebrać telefon. Chłopak cały czas patrzył jak odchodzę.
- Halo? - powiedziałam do słuchawki.
- Alice, gdzie ty jesteś? - a nie mówiłam! Mama jak zawsze histeryzowała.
- Jestem w Parku Linkolna, mamo. Nie denerwuj się! - powiedziałam najspokojniejszym głosem, na jaki mnie było w tamtej chwili stać.
- Wracaj do domu, bo się przeziębisz! - znowu usłyszałam w jej głosie ton "złej nauczycielki", co mnie strasznie irytowało.
-Jasne - rzuciłam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Kiedy odwróciłam się, zobaczyłam, że Jared zniknął. Pewnie poszedł do domu. po co miałby tu stać i moknąć? Szlak - zaklęłam w myślach. No nic, wypadałoby wrócić do domu, bo faktycznie złapie mnie choroba. Zaczęłam kierować się w stronę bramy, kiedy usłyszałam dziwny dźwięk. To brzmiało jak płacz. Jak płacz dziecka. Pomyślałam, że powinnam to sprawdzić, ale za bardzo się bałam. Wybiegłam z parku czym prędzej i wróciłam do domu.
- Bogu dzięki! - moja mama oczywiście musiała niepotrzebnie histeryzować.
- Nic mi nie jest! - odpowiedziałam zdejmując przemokniętą kurtkę. - Tylko trochę zmarzłam.
- Idź na górę się przebierz, a ja zrobię ci herbaty. - odpowiedziała i zniknęła za drzwiami kuchni.
Czemu to jest takie męczące? - pomyślałam. Ruszyłam po schodach na górę. Gdy weszłam do pokoju, zrobiłam się senna. Postanowiłam, że zdrzemnę się chwilę, zanim mama przyjdzie z herbatą. Szybko zdjęłam mokre ubrania i wskoczyłam pod kołdrę. Ach, okulary! Znowu o nich zapomniałam. Zanim je zdjęłam spojrzałam na zegarek. Była 19. Już jest tak późno? - zdziwiłam się. Musiałam nieźle się zasiedzieć w tym parku. Przypomniał mi się Jared i ten jego uśmiech. Ech, wróć na ziemię - skarciłam siebie samą w myślach. Zapewne już nigdy go nie spotkam. Szybko odłożyłam okulary i skryłam się pod ciepłą kołderką. Jeżeli jest jakieś zajęcie, które mogłabym robić przez całe życie, to jest to właśnie spanie. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziła mnie mama, która weszła do pokoju i zostawiła na biurku herbatę i parę ciastek. Kochana. Nie odezwała się, pewnie nie chciała mnie budzić, ale mnie nie trudno wyrwać ze snu. Kiedy już wyszła, podniosłam się z łóżka. Jednym łykiem opróżniłam kubek z ciepłym napojem i zjadłam kilka ciastek.
Uświadomiłam sobie, że w poniedziałek wracam do szkoły. Muszę nadrobić zaległości. Powinnam zadzwonić do Jenny, ale jakoś nie specjalnie miałam ochotę z nią rozmawiać. Co ze mnie za przyjaciółka? Postanowiłam, że po kolacji do niej zadzwonię. Wstałam, założyłam okulary i zeszłam na dół. Gdy schodziłam po schodach, usłyszałam rozmowę. To była moja mama i doktor. Co ten drań tu robi?
- Ale panie doktorze... - głos mojej mamy był przygaszony.
- Przykro mi. Zbadałem jej krew. Nie ma żadnych wątpliwości - co ten doktor bredził. Czyją krew?
W odpowiedzi usłyszałam tylko donośny szloch mojej mamy.
- Dzień dobry - byli zdziwieni moim nagłym pojawieniem się.
- Alice, nie śpisz? - mama starała się dojść do siebie.
- Witaj, Alice - Garry miał dziwnie posępną minę. To do niego nie pasowało.
- Nie śpię. Co tu się dzieję? mamo, dlaczego płaczesz? - zaczęłam się denerwować.
- Kochanie... Muszę ci coś.. - mama nie mogła przestać płakać. - Muszę ci coś powiedzieć...
- Tak?