Przepraszam, że dopiero teraz, ale musiałam zająć się nauką do egzaminów. Postaram się częściej wrzucać kolejne części. Miłego czytania ;)
***
- Alice, kochanie.. - urwała w połowie zdania.
- Masz białaczkę - dokończył za nią doktorek.
- Co? Żartujecie sobie ze mnie? - nie docierało do mnie to, co właśnie powiedział.
- Przykro mi - powiedział tylko i wyszedł, zostawiając mnie i mamę same.
- Kochanie.. - mama złapała mnie za rękę.
- Zostaw mnie. Muszę pobyć sama.. - wyrwałam rękę i pobiegłam do swojego pokoju.
To nie mogła być prawda. Przecież u nas w rodzinie nikt nie chorował na raka. To niemożliwe. Położyłam się na łóżku i wtuliłam głowę w poduszkę. Łzy same leciały. Nie powstrzymywałam ich. Dlaczego to akurat przytrafiło się mi?! Nawet nie wiem kiedy, zasnęłam. Obudziło mnie pukanie do drzwi. To na pewno mama. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Czułam, że jest coś jeszcze, co przede mną ukrywa.
- Alice.. - nie pomyliłam się, to była mama.
- Czego? - odpowiedziałam twardym głosem. Już nie będę płakać.
- Przyszedł jakiś chłopiec. Mówi, że się znacie. Mam go wpuścić? - głos mamy przybrał surowy ton.
Chłopiec? Jaki chłopiec? Niemożliwe, żeby to był ktoś ze szkoły, gdyż przyjaźniłam się tylko z Jenną. Jared..? - Przeszło mi przez myśl. Nie to niemożliwe. On nie zna mojego adresu. Ale w takim razie, kto to był. Postanowiłam sprawdzić.
- Wpuść go mamo - powiedziałam tylko i czekałam, aż nieznajomy wejdzie.
- Poproszę go, żeby przyszedł do ciebie do pokoju. Ty się nigdzie nie ruszaj. W twoim stanie...
- ZAMKNIJ SIĘ!! - ta głupia kobieta uważała mnie za jakąś chorą kalekę.
- Przepraszam -powiedziała i odeszła od drzwi, zaprosić nieznajomego gościa do mnie.
Podniosłam się lekko do pozycji siedzącej. Usłyszałam czyjeś kroki na schodach, a następnie ciche pukanie do drzwi.
- Mogę wejść? - to był ON.
Nie byłam w stanie się ruszyć. To był tamten chłopak z parku. Jared.
- Tylko nie męcz jej za długo - usłyszałam spokojny już głos mojej mamy, po czym trzask zamykanych drzwi. Pewnie zamknęła się w sypialni, jak to miała w zwyczaju robić, gdy sytuacja stawała się dla niej za trudna.
- Mogę? - chłopak powtórzył pytanie.
- Tak.. - wychrypiałam. Powinnam się była ogarnąć przedtem, ale było już za późno. Zerknęłam tylko w lustro. Nie było aż takiej tragedii.
- Cześć - drzwi się otworzyły, a w nich stanął chłopak z parku. Niebieskooki był ubrany dokładnie tak samo jak wtedy w parku. - Nie przeszkadzam?
- Cześć - odpowiedziałam cicho. Skąd on znał mój adres? - Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?
- Nie.. Nie obraź się, ale.. - chłopak się zarumienił. - Śledziłem cię.
Oniemiałam. Czemu ktoś taki jak on śledził mnie.
- Czemu? - zapytałam. Zaczęłam się denerwować.
- Chciałem cię jeszcze kiedyś zobaczyć - wyraźnie posmutniał.
- W porządku - powiedziałam. Co?! Jakie "w porządku"?! Ten chłopak mnie śledził! Może się okazać zwykłym zboczeńcem! Jednak coś w jego czysto niebieskich oczach mówiło mi, że on taki nie jest. - Dlaczego tu przyszedłeś?
- Ja... - zmieszał się. To chyba jednak nie był ten sam chłopak, którego spotkałam w parku. Tamten był bardziej pewny siebie. - Jak się czujesz?
- Nie zmieniaj tematu! - jak ja nie lubiłam, jak ktoś zaczynał z innej beczki, gdy go o coś pytam. - Po co tu przyszedłeś?
- Muszę z tobą porozmawiać... - znowu był tajemniczy. Zaczynało mnie to irytować.
- O czym? O czym musisz ze mną porozmawiać? Spotkaliśmy się tylko raz! A rozmawialiśmy może pięć minut! Więc nie rozumiem na jaki temat możemy rozmawiać! - dlaczego ja się tak szybko denerwuję? - Przepraszam, ale mam dzisiaj zły dzień.
- Nie szkodzi. Jeżeli nie chcesz dziś ze mną rozmawiać, to po prostu powiedz, a przyjdę kiedy indziej, ale wolałbym, żeby to nie czekało zbyt długo - powiedział. Tym razem był już tym odważnym, pewnym siebie niebieskookim chłopakiem.
- Skoro to takie ważne.. - spojrzałam na Jareda. Uśmiechał się. - Więc o co chodzi?
- Mogę usiąść? - zapytał, wyraźnie rozbawiony. Znów zaczął mnie irytować.
- Tak, proszę - wskazałam mu ręką krzesło. Mógłby już przejść do rzeczy, a nie bawić się ze mną w kotka i myszkę. - Może się czegoś napijesz?
- Nie, dziękuję - uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Więc może...
- A tak, przejdźmy do rzeczy.. - spojrzał mi w oczy tym hipnotyzującym spojrzeniem, że nie sposób było odwrócić wzrok. - Od pewnego czasu masz koszmary, prawda?
wtorek, 29 kwietnia 2014
sobota, 12 kwietnia 2014
Rozdział III: Herbata i ciasteczka
Chłopak podał mi dłoń. byłam zbyt zdenerwowana, by cokolwiek odpowiedzieć, by cokolwiek zrobić. Rusz się, idiotko! - skarciłam się w myślach.
- Alice - odpowiedziałam, chwytając jego dłoń. Jego ręka była ciepła.
- Co cię tu sprowadza w taką pogodę? - zapytał z tak ciepłym uśmiechem, że nagle wszystkie moje obawy się ulotniły. Nie mógł mi przecież zrobić krzywdy. Mimo iż był o wiele wyższy ode mnie, nie wyglądał groźnie.
- Postanowiłam się przewietrzyć - również uśmiechnęłam się do niego. Już się go nie bałam.
Nagle zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam aparat z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz. MAMA. No tak, pewnie zastanawia się, gdzie ja się podziewam w taką pogodę.
- Przepraszam Cię - powiedziałam do Jareda, na co on tylko skinął głową, po czym odeszłam, żeby odebrać telefon. Chłopak cały czas patrzył jak odchodzę.
- Halo? - powiedziałam do słuchawki.
- Alice, gdzie ty jesteś? - a nie mówiłam! Mama jak zawsze histeryzowała.
- Jestem w Parku Linkolna, mamo. Nie denerwuj się! - powiedziałam najspokojniejszym głosem, na jaki mnie było w tamtej chwili stać.
- Wracaj do domu, bo się przeziębisz! - znowu usłyszałam w jej głosie ton "złej nauczycielki", co mnie strasznie irytowało.
-Jasne - rzuciłam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Kiedy odwróciłam się, zobaczyłam, że Jared zniknął. Pewnie poszedł do domu. po co miałby tu stać i moknąć? Szlak - zaklęłam w myślach. No nic, wypadałoby wrócić do domu, bo faktycznie złapie mnie choroba. Zaczęłam kierować się w stronę bramy, kiedy usłyszałam dziwny dźwięk. To brzmiało jak płacz. Jak płacz dziecka. Pomyślałam, że powinnam to sprawdzić, ale za bardzo się bałam. Wybiegłam z parku czym prędzej i wróciłam do domu.
- Bogu dzięki! - moja mama oczywiście musiała niepotrzebnie histeryzować.
- Nic mi nie jest! - odpowiedziałam zdejmując przemokniętą kurtkę. - Tylko trochę zmarzłam.
- Idź na górę się przebierz, a ja zrobię ci herbaty. - odpowiedziała i zniknęła za drzwiami kuchni.
Czemu to jest takie męczące? - pomyślałam. Ruszyłam po schodach na górę. Gdy weszłam do pokoju, zrobiłam się senna. Postanowiłam, że zdrzemnę się chwilę, zanim mama przyjdzie z herbatą. Szybko zdjęłam mokre ubrania i wskoczyłam pod kołdrę. Ach, okulary! Znowu o nich zapomniałam. Zanim je zdjęłam spojrzałam na zegarek. Była 19. Już jest tak późno? - zdziwiłam się. Musiałam nieźle się zasiedzieć w tym parku. Przypomniał mi się Jared i ten jego uśmiech. Ech, wróć na ziemię - skarciłam siebie samą w myślach. Zapewne już nigdy go nie spotkam. Szybko odłożyłam okulary i skryłam się pod ciepłą kołderką. Jeżeli jest jakieś zajęcie, które mogłabym robić przez całe życie, to jest to właśnie spanie. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziła mnie mama, która weszła do pokoju i zostawiła na biurku herbatę i parę ciastek. Kochana. Nie odezwała się, pewnie nie chciała mnie budzić, ale mnie nie trudno wyrwać ze snu. Kiedy już wyszła, podniosłam się z łóżka. Jednym łykiem opróżniłam kubek z ciepłym napojem i zjadłam kilka ciastek.
Uświadomiłam sobie, że w poniedziałek wracam do szkoły. Muszę nadrobić zaległości. Powinnam zadzwonić do Jenny, ale jakoś nie specjalnie miałam ochotę z nią rozmawiać. Co ze mnie za przyjaciółka? Postanowiłam, że po kolacji do niej zadzwonię. Wstałam, założyłam okulary i zeszłam na dół. Gdy schodziłam po schodach, usłyszałam rozmowę. To była moja mama i doktor. Co ten drań tu robi?
- Ale panie doktorze... - głos mojej mamy był przygaszony.
- Przykro mi. Zbadałem jej krew. Nie ma żadnych wątpliwości - co ten doktor bredził. Czyją krew?
W odpowiedzi usłyszałam tylko donośny szloch mojej mamy.
- Dzień dobry - byli zdziwieni moim nagłym pojawieniem się.
- Alice, nie śpisz? - mama starała się dojść do siebie.
- Witaj, Alice - Garry miał dziwnie posępną minę. To do niego nie pasowało.
- Nie śpię. Co tu się dzieję? mamo, dlaczego płaczesz? - zaczęłam się denerwować.
- Kochanie... Muszę ci coś.. - mama nie mogła przestać płakać. - Muszę ci coś powiedzieć...
- Tak?
- Alice - odpowiedziałam, chwytając jego dłoń. Jego ręka była ciepła.
- Co cię tu sprowadza w taką pogodę? - zapytał z tak ciepłym uśmiechem, że nagle wszystkie moje obawy się ulotniły. Nie mógł mi przecież zrobić krzywdy. Mimo iż był o wiele wyższy ode mnie, nie wyglądał groźnie.
- Postanowiłam się przewietrzyć - również uśmiechnęłam się do niego. Już się go nie bałam.
Nagle zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam aparat z kieszeni i spojrzałam na wyświetlacz. MAMA. No tak, pewnie zastanawia się, gdzie ja się podziewam w taką pogodę.
- Przepraszam Cię - powiedziałam do Jareda, na co on tylko skinął głową, po czym odeszłam, żeby odebrać telefon. Chłopak cały czas patrzył jak odchodzę.
- Halo? - powiedziałam do słuchawki.
- Alice, gdzie ty jesteś? - a nie mówiłam! Mama jak zawsze histeryzowała.
- Jestem w Parku Linkolna, mamo. Nie denerwuj się! - powiedziałam najspokojniejszym głosem, na jaki mnie było w tamtej chwili stać.
- Wracaj do domu, bo się przeziębisz! - znowu usłyszałam w jej głosie ton "złej nauczycielki", co mnie strasznie irytowało.
-Jasne - rzuciłam i nacisnęłam czerwoną słuchawkę.
Kiedy odwróciłam się, zobaczyłam, że Jared zniknął. Pewnie poszedł do domu. po co miałby tu stać i moknąć? Szlak - zaklęłam w myślach. No nic, wypadałoby wrócić do domu, bo faktycznie złapie mnie choroba. Zaczęłam kierować się w stronę bramy, kiedy usłyszałam dziwny dźwięk. To brzmiało jak płacz. Jak płacz dziecka. Pomyślałam, że powinnam to sprawdzić, ale za bardzo się bałam. Wybiegłam z parku czym prędzej i wróciłam do domu.
- Bogu dzięki! - moja mama oczywiście musiała niepotrzebnie histeryzować.
- Nic mi nie jest! - odpowiedziałam zdejmując przemokniętą kurtkę. - Tylko trochę zmarzłam.
- Idź na górę się przebierz, a ja zrobię ci herbaty. - odpowiedziała i zniknęła za drzwiami kuchni.
Czemu to jest takie męczące? - pomyślałam. Ruszyłam po schodach na górę. Gdy weszłam do pokoju, zrobiłam się senna. Postanowiłam, że zdrzemnę się chwilę, zanim mama przyjdzie z herbatą. Szybko zdjęłam mokre ubrania i wskoczyłam pod kołdrę. Ach, okulary! Znowu o nich zapomniałam. Zanim je zdjęłam spojrzałam na zegarek. Była 19. Już jest tak późno? - zdziwiłam się. Musiałam nieźle się zasiedzieć w tym parku. Przypomniał mi się Jared i ten jego uśmiech. Ech, wróć na ziemię - skarciłam siebie samą w myślach. Zapewne już nigdy go nie spotkam. Szybko odłożyłam okulary i skryłam się pod ciepłą kołderką. Jeżeli jest jakieś zajęcie, które mogłabym robić przez całe życie, to jest to właśnie spanie. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziła mnie mama, która weszła do pokoju i zostawiła na biurku herbatę i parę ciastek. Kochana. Nie odezwała się, pewnie nie chciała mnie budzić, ale mnie nie trudno wyrwać ze snu. Kiedy już wyszła, podniosłam się z łóżka. Jednym łykiem opróżniłam kubek z ciepłym napojem i zjadłam kilka ciastek.
Uświadomiłam sobie, że w poniedziałek wracam do szkoły. Muszę nadrobić zaległości. Powinnam zadzwonić do Jenny, ale jakoś nie specjalnie miałam ochotę z nią rozmawiać. Co ze mnie za przyjaciółka? Postanowiłam, że po kolacji do niej zadzwonię. Wstałam, założyłam okulary i zeszłam na dół. Gdy schodziłam po schodach, usłyszałam rozmowę. To była moja mama i doktor. Co ten drań tu robi?
- Ale panie doktorze... - głos mojej mamy był przygaszony.
- Przykro mi. Zbadałem jej krew. Nie ma żadnych wątpliwości - co ten doktor bredził. Czyją krew?
W odpowiedzi usłyszałam tylko donośny szloch mojej mamy.
- Dzień dobry - byli zdziwieni moim nagłym pojawieniem się.
- Alice, nie śpisz? - mama starała się dojść do siebie.
- Witaj, Alice - Garry miał dziwnie posępną minę. To do niego nie pasowało.
- Nie śpię. Co tu się dzieję? mamo, dlaczego płaczesz? - zaczęłam się denerwować.
- Kochanie... Muszę ci coś.. - mama nie mogła przestać płakać. - Muszę ci coś powiedzieć...
- Tak?
środa, 2 kwietnia 2014
Rozdział II: Błekitne Oczy
Leżałam sama w salonie. Byłam głodna, ale jednocześnie na samą myśl o jedzeniu, chciało mi się wymiotować. Zaczęłam sobie przypominać ten sen...
Stałam sama na jakiejś drodze. Była noc. W około panowała cisza. Patrzyłam przed siebie i widziałam tylko nikłe światła nadjeżdżającego samochodu. Był coraz bliżej a ja nie mogłam się ruszyć. Zaraz mnie rozjedzie! Nagle coś wyskoczyło na drogę i stanęło przede mną, tyłem do mnie. Samochód się zatrzymał. Wysiadł z niego mężczyzna. Nagle zrobiło się jasno. Już nie stałam na drodze. Byłam teraz w jakimś pomieszczeniu. Leżałam na jakimś stole, nie mogłam się ruszyć. Światło jarzeniówek raziło moje oczy.
- Śpi? - usłyszałam kobiecy głos.
- Nie jestem pewien - głos mężczyzny brzmiał, jakby się bał.
- To się upewnij! - kobieta krzyknęła, a echo rozniosło się po całym pomieszczeniu. - Jeżeli śpi, to nie będzie tak zabawne.
- Nie śpi - odrzekł mężczyzna.
- No to zaczynamy, haha - śmiech tej kobiety przyprawiał mnie o dreszcze.
- Smacznego, kochanie - mężczyźnie też najwyraźniej dopisywał humor.
Zaczęłam się bać. Co oni chcą mi zrobić? Poczułam, że coś zimnego dotyka mojego brzucha. Zadrżałam. I nagle ten ogromny ból, który budzi mnie każdej nocy. Ktoś rozcina mi mój brzuch...
- Alice, dobrze się czujesz? - mama weszła do pokoju z miską jakiejś zupy, czy czegoś.
- Tak mamo. Mogę zostać sama? - chciałam się nad tym wszystkim dobrze zastanowić. Bolało mnie całe ciało. Potrzebowałam snu, odpoczynku.
- Już wychodzę! - była zdenerwowana, a przecież nie powiedziałam nic złego.
Zostawiła mnie samą. Nie chciałam już przypominać sobie tamtego okropnego koszmaru i bólu, który się z nim wiązał. Za bardzo się bałam. Czułam strach w całym moim ciele i umyśle. A w głowie ciągle pojawiało się to samo pytanie "DLACZEGO TO MI SIĘ ŚNI?". Nie znałam tych ludzi, nigdy w życiu nie słyszałam ich głosów, więc dlaczego?..
Do końca tygodnia nie podnosiłam się z łóżka. Mama przynosiła mi jedzenie, gazety. Bałam się, że zechce mnie tu trzymać wiecznie, ale w sobotę oznajmiła, że czas się przewietrzyć. Wstałam, ubrałam się i wyszłam się przejść. Pomyślałam, że mogę pójść do parku. Park Linkolna znajdował się w pobliżu mojego domu. Kiedy byłam mała, chodziłam tam bawić się z moimi rówieśnikami. Od tamtego czasu minęło sporo czasu. Kiedy już znalazłam się przed wielką, metalową bramą prowadzącą do ogrodu, zaczęło padać. Niech to szlak! - zaklęłam w myślach, ale postanowiłam nie wracać do domu. Skierowałam się w stronę parku. Niewyobrażalne, jak bardzo on się zmienił od czasu, gdy byłam dzieckiem. Nie było już tych wspaniałych lipowych alejek. Na ich miejscu pojawiły się rzędy brzydkich, wystających z ziemi pniaków. Ech, tak szybko wszystko się zmienia - pomyślałam, gdy nagle w oddali ujrzałam jakąś postać skuloną pod jednym z niewielu ocalałych z wycinki drzew. Co ta osoba robi tu w taką pogodę? Zadrżałam. Postanowiłam podejść i dowiedzieć się, czy czegoś potrzebuje. Zbliżając się do owej postaci, mój niepokój rósł.
- Hej, co ty tu robisz w taką pogodę? - powiedziałam, gdy tylko znalazłam się blisko niego. Starałam się, aby mój głos brzmiał spokojnie, jednak strach spowodował, że łamał się on z każdym kolejnym słowem. - Zgubiłeś się?
Postać spojrzała na mnie. Był to chłopak. Miał czarne, długie do ramion włosy, które wpadały mu do dużych, błękitnych oczu. Powoli podniósł się z ziemi. Znów poczułam lęk.
- Cześć. Nie, nie zgubiłem się - chłopak uśmiechnął się, a ja wciąż stałam sparaliżowana. Było w jego wyglądzie coś, co niepokoiło, a jednocześnie przyciągało jak magnes. Teraz, gdy stał, mogłam przyjrzeć się jego ubraniu. Miał czarne spodnie i szary T-Shirt z napisem "I'll kill you". Zadrżałam. Och Alice, uspokój się! To tylko koszulka - pomyślałam.
- Jestem Jared, a tobie jak na imię?
Stałam sama na jakiejś drodze. Była noc. W około panowała cisza. Patrzyłam przed siebie i widziałam tylko nikłe światła nadjeżdżającego samochodu. Był coraz bliżej a ja nie mogłam się ruszyć. Zaraz mnie rozjedzie! Nagle coś wyskoczyło na drogę i stanęło przede mną, tyłem do mnie. Samochód się zatrzymał. Wysiadł z niego mężczyzna. Nagle zrobiło się jasno. Już nie stałam na drodze. Byłam teraz w jakimś pomieszczeniu. Leżałam na jakimś stole, nie mogłam się ruszyć. Światło jarzeniówek raziło moje oczy.
- Śpi? - usłyszałam kobiecy głos.
- Nie jestem pewien - głos mężczyzny brzmiał, jakby się bał.
- To się upewnij! - kobieta krzyknęła, a echo rozniosło się po całym pomieszczeniu. - Jeżeli śpi, to nie będzie tak zabawne.
- Nie śpi - odrzekł mężczyzna.
- No to zaczynamy, haha - śmiech tej kobiety przyprawiał mnie o dreszcze.
- Smacznego, kochanie - mężczyźnie też najwyraźniej dopisywał humor.
Zaczęłam się bać. Co oni chcą mi zrobić? Poczułam, że coś zimnego dotyka mojego brzucha. Zadrżałam. I nagle ten ogromny ból, który budzi mnie każdej nocy. Ktoś rozcina mi mój brzuch...
- Alice, dobrze się czujesz? - mama weszła do pokoju z miską jakiejś zupy, czy czegoś.
- Tak mamo. Mogę zostać sama? - chciałam się nad tym wszystkim dobrze zastanowić. Bolało mnie całe ciało. Potrzebowałam snu, odpoczynku.
- Już wychodzę! - była zdenerwowana, a przecież nie powiedziałam nic złego.
Zostawiła mnie samą. Nie chciałam już przypominać sobie tamtego okropnego koszmaru i bólu, który się z nim wiązał. Za bardzo się bałam. Czułam strach w całym moim ciele i umyśle. A w głowie ciągle pojawiało się to samo pytanie "DLACZEGO TO MI SIĘ ŚNI?". Nie znałam tych ludzi, nigdy w życiu nie słyszałam ich głosów, więc dlaczego?..
Do końca tygodnia nie podnosiłam się z łóżka. Mama przynosiła mi jedzenie, gazety. Bałam się, że zechce mnie tu trzymać wiecznie, ale w sobotę oznajmiła, że czas się przewietrzyć. Wstałam, ubrałam się i wyszłam się przejść. Pomyślałam, że mogę pójść do parku. Park Linkolna znajdował się w pobliżu mojego domu. Kiedy byłam mała, chodziłam tam bawić się z moimi rówieśnikami. Od tamtego czasu minęło sporo czasu. Kiedy już znalazłam się przed wielką, metalową bramą prowadzącą do ogrodu, zaczęło padać. Niech to szlak! - zaklęłam w myślach, ale postanowiłam nie wracać do domu. Skierowałam się w stronę parku. Niewyobrażalne, jak bardzo on się zmienił od czasu, gdy byłam dzieckiem. Nie było już tych wspaniałych lipowych alejek. Na ich miejscu pojawiły się rzędy brzydkich, wystających z ziemi pniaków. Ech, tak szybko wszystko się zmienia - pomyślałam, gdy nagle w oddali ujrzałam jakąś postać skuloną pod jednym z niewielu ocalałych z wycinki drzew. Co ta osoba robi tu w taką pogodę? Zadrżałam. Postanowiłam podejść i dowiedzieć się, czy czegoś potrzebuje. Zbliżając się do owej postaci, mój niepokój rósł.
- Hej, co ty tu robisz w taką pogodę? - powiedziałam, gdy tylko znalazłam się blisko niego. Starałam się, aby mój głos brzmiał spokojnie, jednak strach spowodował, że łamał się on z każdym kolejnym słowem. - Zgubiłeś się?
Postać spojrzała na mnie. Był to chłopak. Miał czarne, długie do ramion włosy, które wpadały mu do dużych, błękitnych oczu. Powoli podniósł się z ziemi. Znów poczułam lęk.
- Cześć. Nie, nie zgubiłem się - chłopak uśmiechnął się, a ja wciąż stałam sparaliżowana. Było w jego wyglądzie coś, co niepokoiło, a jednocześnie przyciągało jak magnes. Teraz, gdy stał, mogłam przyjrzeć się jego ubraniu. Miał czarne spodnie i szary T-Shirt z napisem "I'll kill you". Zadrżałam. Och Alice, uspokój się! To tylko koszulka - pomyślałam.
- Jestem Jared, a tobie jak na imię?
wtorek, 1 kwietnia 2014
Rozdział I: Jestem słaba!
Obudziłam się cała zalana potem. Znowu ten sam koszmar. Przetarłam oczy i podniosłam się z łóżka. Próbowałam wstać, ale moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Usiadłam więc, otulając się kołdrą. Było zimno. Spojrzałam na zegarek. Wskazówki były jakby rozmyte, ach tak, gdzie są moje okulary. Noszę je już dwa miesiące, ale wciąż się do nich nie przyzwyczaiłam. Sięgnęłam ręką na komodę, gdzie zawsze przed snem zostawiałam moje "drugie oczy". Założyłam je prędko i wtedy ujrzałam widniejącą godzinę na zegarku. Niech to szlak! - zaklęłam w myślach. Była godzina 2:33. Dlaczego zawsze budziłam się o tej godzinie? Dlaczego zawsze śni mi się ten sam sen? Spróbowałam kolejny raz wstać. Tym razem mi się udało. Poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Twarz, która się w nim odbijała, nie mogła należeć do mnie! Ale tez nikogo innego po za mną nie przypominała. Nie histeryzuj - pomyślałam. Zgasiłam światło i wyszłam z łazienki. Zrobiłam się głodna. To dla mnie typowe. Jak się denerwuję, to muszę coś zjeść. Kiedy jestem szczęśliwa - muszę jeść. Błędne koło. "Smacznego, kochanie". Ten głos z mojego koszmaru. Chyba jednak daruję sobie nocne podjadanie. Zakręciło mi się w głowie...
-Kochanie? Kochanie? Jesteś? - znam ten głos.
-Nic jej nie będzie, to tylko omdlenie. Zdarza się dziewczynom w jej wieku - tego głosu nie rozpoznawałam.
-Ma.. - moje usta były suche.
-Alice, kochanie, całe szczęście - moja mama odetchnęła z ulgą, a ja nadal nie wiedziałam, co się stało.
Powoli otworzyłam oczy. Zobaczyłam dwie postacie stojące nade mną. Moja mama jak zawsze ubrana w jedną z wielu sukienek z lat 80. Mimo swojego wieku, niedługo skończy 45 lat, była piękną kobietą. Miała zielone oczy, tak jak ja, i brązowe, lśniące włosy. Drugą osobą był nasz lekarz rodzinny. Garry, bo tak się nazywa, był okropnym człowiekiem. Był wrednym, egoistycznym draniem, który tylko patrzył, jak najszybciej zedrzeć kasę z moich rodziców. Nienawidziłam go, ale trzeba przyznać, że był dobrym lekarzem. Jednym z najlepszych w naszym mieście. Zaraz, zaraz, co tu robi nasz lekarz? Czy coś się stało?
-Mamo.. - nadal nie mogłam nic powiedzieć. Gardło mnie piekło.
-Alice, już. Panie doktorze, dziękuję - widziałam jak się uśmiecha do tego drania. Gdyby tylko wiedziała..
-Ależ nie ma za co. Jestem do państwa dyspozycji w każdej chwili - ten nieszczery uśmiech doprowadzał nie do szału. Jak on śmiał jeszcze tu przychodzić?
-Ile jestem panu winna? - moja mama jest taka naiwna.
-Nie trzeba nic, pani White - nie zniosę dłużej tego kłamliwego oszusta.
-Proszę - widziałam, jak mama wyciąga rękę w kierunku "doktorka".
-Dziękuję - oczy, aż mu płonęły z radości. Nienawidzę go. - A teraz muszę panią przeprosić, ale czeka na mnie jeszcze masa papierkowej pracy. Do widzenia.
-Dziękuję panu jeszcze raz. Do widzenia - moja mama pomachała Garry'emu na pożegnanie. - Alice, dasz radę wstać?
-Chyba.. - mogłam już cokolwiek z siebie wydusić, choć nadal strasznie chciało mi się pić. Mama pomogła mi wstać i zaprowadziła mnie do salonu, gdzie położyłam się na kanapie.
-Chcesz coś do picia, córciu? - zapytała z troską.
-Wody, soku, cokolwiek.. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że to ją uspokoi, bo jak sama mawiała "Uśmiech jest oznaką zdrowia". Wróciła chwilę później z szklanką soku pomarańczowego. Podała mi ją, a ja w mgnieniu oka ją opróżniłam.
-Powiesz mi co się stało? - twarz mamy się zmieniła. Teraz wyglądała jak nauczycielka, która odpytuje wyjątkowo głupiego ucznia. Tym uczniem byłam ja.
-Ja.. Nie wiem.. - próbowałam się podnieść.
-Leż! - prawie krzyknęła. Nie poznawałam jej. - Co się stało w nocy?
-A..a która jest teraz godzina? - zapytałam niepewnie.
-Pewnie już po 6 - odpowiedziała surowo. -Co się stało w nocy?
-Ja.. Obudziłam się.. I chciałam iść do kuchni.. Byłam głodna i.. zakręciło mi się w głowie.. - po policzkach płynęły łzy. Musiałam być naprawdę zmęczona, bo ja nigdy, ale to NIGDY nie płaczę!
-Już w porządku. Teraz leż i wypoczywaj. Zrobię ci coś do jedzenia - i znów wróciła kochająca, troskliwa mama. MOJA mama...
Subskrybuj:
Posty (Atom)