wtorek, 29 kwietnia 2014

Rozdział IV : Niespodziewany gość

Przepraszam, że dopiero teraz, ale musiałam zająć się nauką do egzaminów. Postaram się częściej wrzucać kolejne części. Miłego czytania ;)
             
                                                         ***

- Alice, kochanie.. - urwała w połowie zdania.
- Masz białaczkę - dokończył za nią doktorek.
- Co? Żartujecie sobie ze mnie? - nie docierało do mnie to, co właśnie powiedział.
- Przykro mi - powiedział tylko i wyszedł, zostawiając mnie i mamę same.
- Kochanie.. - mama złapała mnie za rękę.
- Zostaw mnie. Muszę pobyć sama.. - wyrwałam rękę i pobiegłam do swojego pokoju.
To nie mogła być prawda. Przecież u nas w rodzinie nikt nie chorował na raka. To niemożliwe. Położyłam się na łóżku i wtuliłam głowę w poduszkę. Łzy same leciały. Nie powstrzymywałam ich. Dlaczego to akurat przytrafiło się mi?! Nawet nie wiem kiedy, zasnęłam. Obudziło mnie pukanie do drzwi. To na pewno mama. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Czułam, że jest coś jeszcze, co przede mną ukrywa.
- Alice.. - nie pomyliłam się, to była mama.
- Czego? - odpowiedziałam twardym głosem. Już nie będę płakać.
- Przyszedł jakiś chłopiec. Mówi, że się znacie. Mam go wpuścić? - głos mamy przybrał surowy ton.
Chłopiec? Jaki chłopiec? Niemożliwe, żeby to był ktoś ze szkoły, gdyż przyjaźniłam się tylko z Jenną. Jared..? - Przeszło mi przez myśl. Nie to niemożliwe. On nie zna mojego adresu. Ale w takim razie, kto to był. Postanowiłam sprawdzić.
- Wpuść go mamo - powiedziałam tylko i czekałam, aż nieznajomy wejdzie.
- Poproszę go, żeby przyszedł do ciebie do pokoju. Ty się nigdzie nie ruszaj. W twoim stanie...
- ZAMKNIJ SIĘ!! - ta głupia kobieta uważała mnie za jakąś chorą kalekę.
- Przepraszam -powiedziała i odeszła od drzwi, zaprosić nieznajomego gościa do mnie.
Podniosłam się lekko do pozycji siedzącej. Usłyszałam czyjeś kroki na schodach, a następnie ciche pukanie do drzwi.
- Mogę wejść? - to był ON.
Nie byłam w stanie się ruszyć. To był tamten chłopak z parku. Jared.
- Tylko nie męcz jej za długo - usłyszałam spokojny już głos mojej mamy, po czym trzask zamykanych drzwi. Pewnie zamknęła się w sypialni, jak to miała w zwyczaju robić, gdy sytuacja stawała się dla niej za trudna.
- Mogę? - chłopak powtórzył pytanie.
- Tak.. - wychrypiałam. Powinnam się była ogarnąć przedtem, ale było już za późno. Zerknęłam tylko w lustro. Nie było aż takiej tragedii.
- Cześć - drzwi się otworzyły, a w nich stanął chłopak z parku. Niebieskooki był ubrany dokładnie tak samo jak wtedy w parku. - Nie przeszkadzam?
- Cześć - odpowiedziałam cicho. Skąd on znał mój adres? - Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?
- Nie.. Nie obraź się, ale.. - chłopak się zarumienił. - Śledziłem cię.
Oniemiałam. Czemu ktoś taki jak on śledził mnie.
- Czemu? - zapytałam. Zaczęłam się denerwować.
- Chciałem cię jeszcze kiedyś zobaczyć - wyraźnie posmutniał.
- W porządku - powiedziałam. Co?! Jakie "w porządku"?! Ten chłopak mnie śledził! Może się okazać zwykłym zboczeńcem! Jednak coś w jego czysto niebieskich oczach mówiło mi, że on taki nie jest. - Dlaczego tu przyszedłeś?
- Ja... - zmieszał się. To chyba jednak nie był ten sam chłopak, którego spotkałam w parku. Tamten był bardziej pewny siebie. - Jak się czujesz?
- Nie zmieniaj tematu! - jak ja nie lubiłam, jak ktoś zaczynał z innej beczki, gdy go o coś pytam. - Po co tu przyszedłeś?
- Muszę z tobą porozmawiać... - znowu był tajemniczy. Zaczynało mnie to irytować.
- O czym? O czym musisz ze mną porozmawiać? Spotkaliśmy się tylko raz! A rozmawialiśmy może pięć minut! Więc nie rozumiem na jaki temat możemy rozmawiać! - dlaczego ja się tak szybko denerwuję? - Przepraszam, ale mam dzisiaj zły dzień.
- Nie szkodzi. Jeżeli nie chcesz dziś ze mną rozmawiać, to po prostu powiedz, a przyjdę kiedy indziej, ale wolałbym, żeby to nie czekało zbyt długo - powiedział. Tym razem był już tym odważnym, pewnym siebie niebieskookim chłopakiem.
- Skoro to takie ważne.. - spojrzałam na Jareda. Uśmiechał się. - Więc o co chodzi?
- Mogę usiąść? - zapytał, wyraźnie rozbawiony. Znów zaczął mnie irytować.
- Tak, proszę - wskazałam mu ręką krzesło. Mógłby już przejść do rzeczy, a nie bawić się ze mną w kotka i myszkę. - Może się czegoś napijesz?
- Nie, dziękuję - uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Więc może...
- A tak, przejdźmy do rzeczy.. - spojrzał mi w oczy tym hipnotyzującym spojrzeniem, że nie sposób było odwrócić wzrok. - Od pewnego czasu masz koszmary, prawda?

2 komentarze:

  1. Ojee...wreszcie kolejny♥
    I znowu zeżre mnie ciekawość co będzie dalej!
    Wyobraziłam sobie nieśmiałego Jareda...Czy to w ogóle możliwe!? xD
    świetny rozdział i czekam na następny! ;*
    Weeeeny :3

    OdpowiedzUsuń